Wywiad listowny Jarosława Mikołajewskiego z mb,  zimą 2015

 

Pamiętasz swoją pierwszą podróż? Skąd dokąd? To była ucieczka, czy wędrówka?

– Wyjść, cicho zamknąć drzwi, z butami w ręku, by nie słychać tupotu. Zbyt łatwo powiedzieć, że to była ucieczka. Krok za krokiem przesuwałam granicę niemożliwego i z czasem przestałam się tłumaczyć. Nie wiem, która podróż była pierwszą i którą nazwać podróżą. Ale to było na pewno zawsze dokądś – śnieg po horyzont, łachy Pilicy, bocznice kolejowe i podwórka starej Pragi, ciepło stacji meteo na Hali Gąsienicowej od dziesiątej do siódmej rano, a potem – znikajcie! Szary Bałtyk na dziobie jachtów, gdzie wpraszałam się z patentem, tajne komplety, teatr, autostop, mosty Warszawy nocą w budowie, zamknięte parki, cudze dachy, strychy i drzewa, czasem milicja, bo po co tam łazisz – więc chyba nie ucieczka, raczej głód przestrzeni, lotu. Wiedziałam na przykład wszystko o szybownictwie, a potem niebem stały się żagle. Studiowałam chmury, prądy i wieloryby i do matury myślałam o oceanografii. Może trochę zbyt dużo energii. Może gdybym została w domu, to on by zapłonął. Moja Babcia mówi, że byłam najbardziej zabłoconą i obszarpaną wnuczką i najbardziej pobożną. Podglądałam wieczorami cudze okna i ciepło światła twarzy, gdy siedzą przy stole i rozmawiają, po prostu. Z czasem udało mi się wślizgnąć do środka, czasem zostać na dłużej. Najpierw więc ruszało się w podróż zdobytymi cudem książkami, a gdy dom pustoszał – rozmową na głos z nieistniejącym mężczyzną, który przypominał mojego tatę, o wędrówkach po dżungli Konga, pustyni Taklamakanu, lasach Kanady i wilku, który staje się psem, o mnichach na górze Atos, o której często śniłam, że tam jadę, pociągiem.

Jakie są dla Ciebie pewniki i emblematy bezpieczeństwa w domu? Ciepło? Człowiek, który zostaje? Co?

– Opowiem ci tamten sen. Wielopiętrowy dom z ulicy Grochowskiej, pełen zieleni, wilgoci i krzątania się. Ogródki na klatkach schodowych, werandy z arkadami, ławki w stylu liberty. Winorośle pełzną po liszajach olejnej farby, orchidee lęgną się w zasikanej windzie, w otwartym szybie kołyszą się grube macki kabli. Wspinam się po kamiennych schodach, w ciekłym, wodnym świetle. Dom pęcznieje jak drożdżowe ciasto. Na klatce, na półpiętrach mieszkańcy wygrzewają się w półcieniu. Roślinno-ludzka cieplarnia. Milczą, obserwując obcego. Nie mam odwagi dojść na dziesiąte piętro, do metalowej poręczy schodów przy drzwiach mieszkania moich rodziców, przy oknie, gdzie wysiadywałam, obserwując kolorowe balony spadochronów i piruety błyszczących w słońcu stad gołębi. Zapach gotujących się pieluch, słodkawo-mdły. Zgrzytanie tramwajów. Samotność, rysunki palcem na zaparowanej szybie, niemrawy ruch wskazówek zegara. I księżyc, przed którym zasłaniała mama, bym nie wędrowała po nocy. Odsłaniałam w ukryciu ciężkie zasłony, obserwując drogę światła na drewnianym parkiecie. Kładłam się w tym świetle, podłoga była zimna. Dom we śnie jest zaludniony ponad miarę. Mieszkania jak ptasie dziuple. Wszyscy pogodni, z siebie zadowoleni. Czuję wzrok na plecach. Nagle milknięcie. Trzask drzwi. Wielopiętrowe miasteczko, gotycka twierdza. Wraca często w snach, obrośnięty jak dno transatlantyku, zaułkami, mostami, przejściami donikąd, jak w rysunkach Piranesiego. Ile ukrytego bogactwa w symetrycznej, gomułkowskiej architekturze przedmieść.

Dom dzieciństwa?…

– Dom dzieciństwa, choćby najtrudniejszy, karmi tajemnicą objawień. Starałam się to w sobie chronić i ratować, co da się. Mój dom to był lęk powrotu. Moja siostra malowała zdeformowane kobiece ciała, a ja czytałam poetów i mistyków, i w skarpetkach zamykałam drzwi za sobą, a na zewnątrz, na ulicy, wszystko stawało się już łatwe. Wcześnie sama stałam się domem i wywiozłam go wystarczająco daleko, a potem w podróżach zawsze niosłam ze sobą jak żółw. Wyprawy, badania terenowe i reporterskie, z początku na tyle, na ile można, będąc matką małych dzieci, a im rosły tym dłuższe, wnosiły do niego nowe siły, opowieści, melodie, potrawy, kolory, przyjaźnie. Nie nasz dom w alpejskiej Dolinie Mrówki, wśród sadzonych przez nas polskich porzeczek i włoskich oliwek i fig, stał się arką, otwartą na gości, dryfującą pomiędzy językami. Za to nasze były wodospady, duszny wiatr fon spadający z Alp i oranżowy scirocco z Sahary, a pod naszymi stopami mgły nad Padanią – z których, jak latające ryby, wyskakiwały do nas jaskółki, nasze były podwodne groty pod kaskadami, drzewa w lianach, strumienie i zarośnięte ścieżki, które przywracaliśmy do życia, wydeptując stopami i tnąc maczetą jeżyny, u nas zostawały ratowane koty, psy i ptaki. Moi synowie wcześnie zrozumieli, że mieli szczęście-nieszczęście mieć matkę Cygankę. Pisałam wśród chichotów i ambaradanu, w skupieniu przedświtu i uwięziona w zasadzkach, bo natychmiast wykorzystywali nieuwagę i budowali wokół mnie pałace z papieru i trzcin, pajęczyny z nici i sznurów. Z czasem to oni zaczęli odczuwać ptasi niepokój migrowania. Często przypalałam czajnik. Najpierw było: „mamo, to sobie już pojedź”, a potem: „mamo, jadę do Indii, Meksyku i właśnie ty przecież zabronić tego nie możesz”. Wcześnie zaczęli mi towarzyszyć, uno a volta, i wtedy rozstanie nie bolało. Mówię o dzieciach, wierszach, podróżach i zupach, bo to dla mnie jedno.

Pierwsza podróż, którą nazwałabyś poznawczą?

– Może w Warce, gdzie mieszkała moja Babcia. Coś Ci zacytuję z mojej książki „Boży ludzie”: Rzeka to pewność, jak wszystko, co w pamięci osadza swój zapach. Mętna woda w upalne dni wydzielała rybią woń, zmieszaną z kwaśnym zapachem zmacerowanych wiklin i traw. Toczyła patyki i zgniłe liście, zbyt leniwa, by przenosić kamienie. Piasek parzył stopy. Most był granicą naszego świata, za nim zaczynały się zdradliwe wiry kryjące korzenie zatopionych drzew, a wraz z nimi zakazy, przestrogi i kary. Reszta była królestwem wyobraźni.
Za mostem znajdowała się piaszczysta skarpa, duża i stroma jak prawdziwa góra. Zimą najlepszą zabawą było zjeżdżanie na sankach, tak by rozbić lód w wierzbowej wiklinie na brzegu. Raz, na Boże Narodzenie, wylądowałam na kamieniu i wtedy spod śniegu wyłoniły się dziwne znaki. Odgarnęłam biały puch i moim oczom ukazał się rzeźbiony lew. Padało, było już ciemno, ten lew w śniegu otoczony tajemniczymi znakami podobnymi do hieroglifów pozbawił mnie tchu. Pobiegłam, aby podzielić się wszystkim z Babcią, a ona opowiedziała mi zwięźle, że niegdyś – zdawało się, że całe wieki temu – w małym domu u stóp wzgórza kładziono monety na powiekach zmarłych Żydów, całe zbocze obsiane było kamieniami z rzeźbami zwierząt, a te kamienie to były ich nagrobki. Żyd. Miałam sześć lat. To był pierwszy raz, kiedy usłyszałam to słowo użyte w odniesieniu do osoby.

A pierwsza podróż, którą nazwałabyś reporterską? Czyli taką, z której chciałaś zdać sprawę? Opisać?

– Znów z „Bożych ludzi”: Zimą 1985 roku wzdłuż wschodniej granicy Polski, z południa na północ, na przełaj. Mieszkałam u chłopów, którzy w ekstazie przekraczali granice języka i natury. Zaszeptuchy dmuchały mi w twarz zaklęcia, mniszki Grabarki poiły gorącym barszczem, a potomkowie Złotej Ordy wsadzili pod kilka pierzyn i udało mi się jeszcze dostrzec, że bili pokłony całkiem jak prawosławni mnisi z Jabłecznej. W domu Czesława Miłosza w Krasnogrudzie spotkałam Polaka, którego zaadoptowali Cyganie, stróża sekretów ludu, których nie wyjawia się nikomu. Raskolnicy szeptali bez końca swoje modlitwy, a potem bez ceregieli zagnali mnie do bani. Mowy nie było, by się zatrzymać. Pod Krynkami, Leżajskiem i Duklą tliło się nasze dziecięctwo, nasz prawiek, nasze bojaźnie; historia mieszała się z mitem, rzeczywiste z nierealnym, a cienie zamordowanych i wygnanych plątały wśród obecnych. W Puszczy, która w latach trzydziestych była ziemią cudów i apokaliptycznych przywidzeń, poznałam później poetę, który znał na pamięć „Kapitał” Marksa, konstruował odkurzacze do krów i czekał na powrót Mesjasza. Jego las był orkiestrą dźwięków, wiatr grał na dzwonach przeciw dzikom. Powiedział, że jestem aniołem wysłanym mu przez Eliasza, nawiedzonego chłopa, który przepadł w gułagu.

Jak najgłębiej udaje Ci się wejść w ludzi i świat, do którego doszłaś? Wejście do rodzinności? Zamieszkanie z nimi? Kontakt bosych stóp z ziemią?

– Staram się być blisko, najbliżej, zamieszkać z ludźmi, dzielić opowieści i milczenie, pracę w domu i polu, głód, zmęczenie, drogę, lęk, śmiech, mycie w hamanie, spanie w objęciach kobiet przesuwających się delikatnie, by mi oddać ostatni kawałek materaca lub maty. Siłą rzeczy staję się córką, siostrą, ciotką, kładą mnie spać razem z dziećmi, każą tulić do ich matki. Ale to nie ja wybieram, lecz oni mnie. Zawierzam i tyle. Granicą jest język. Nie można poznać tyle języków! Sprzedałabym duszę, by zrozumieć subtelności, szepty, chichoty, żarty.

Czy zostałaś kiedyś odtrącona?

– Próby gwałtu połączonego chyba z żądzą zabójstwa… Nie wiem, bo nie poznałam finału. Na Śląsku i w Afganistanie. Przypadki, które mogą się zdarzyć każdemu i wszędzie. Bardziej niż odtrącono, chciano mnie zjeść.

Czy podczas podróży dokądś zdradził Cię kiedyś świat tutaj? Twój dom, Twoja ziemia?

– Nie.

Czy miałaś kiedyś pragnienie, by pozostać w miejscu, do którego dotarłaś jako podróżnik?

– Może podróżuję, by wyobcować się. Może, by wrócić do siebie. Potrzebuję powrotu, by móc opisać. Jeśli nie wrócę, naruszę tabu, zgubię się, przestanę widzieć. Jestem czasem bardzo wewnątrz tamtego świata. Po trzech miesiącach tracę słowa i kody zachowań, nawet sny się zmieniają. Muszę słuchać muzyki klasycznej, czytać europejskich pisarzy i poetów, śpiewać polskie kolędy i pieśni alpejskie, gadam ze sobą na głos, by słyszeć europejskie języki, powtarzam wiersze. Żeby się nie urwała nić. A w pewnym momencie czuję, że muszę wrócić, do tego mojego wygasłego portu nad Adriatykiem – przystani ludzi znikąd, gdzie mam strych-bibliotekę i przyjaciół – i skąd piszę, pomiędzy dwiema kulturami i dwoma językami, czyli nigdzie. Jest, owszem, wiele miejsc, gdzie bardzo chciałabym wrócić i zatrzymać się na dłużej, ale tylko po to, by kontynuować pracę; są domy i plemiona, gdzie nawiązałam przyjaźnie, poznałam niezwykłe historie, stałam się nieomal domownikiem. Wypełniam tematami kalendarze, mapy, notesy. Musiałabym żyć sto pięćdziesiąt lat, a ludzie i kultury też znikają, zbyt szybko, stąd pośpiech. Czego nie dam rady zrobić – odstępuję, uczę się.

Jak zmienia się fizjonomia życia w zależności od miejsc?

– Przyjmuje fizjonomię historii i jej rany, stygmaty, którymi, chcąc nie chcąc, naznaczeni są bogu ducha winni ludzie. Na przykład Haiti, ten gwałtem ulepiony patchwork ludów Afryki. Niewolnicy często nie mieli nawet wspólnego języka. Pamięć w opuszkach palców, pamięć muzyczna, rytm. Narodziny narodu są muzyczne. Ta karaibska wyspa może być piekłem, uryną, śmietnikiem, rynsztokiem. Lepiej więc poddać się, z ludem wudu, przeciągom metafizyki, pięknu rytmów i nocnych pieśni, które pomagają znieść kolejny dzień. Biją pokłon bębnom, bo święte i sprowadzają duchy z Afryki, a gdyby nie przybyły, wielkie byłoby nieszczęście.

Jak zmienia się fizjonomia boga w zależności od miejsc?

– Czasem przybiera fizjonomię modlących się, którzy stają się lustrem albo szkłem. Czasem przepoczwarza się w folklor lub gaśnie w nudzie dostatku, gdy wysychają duchowe źródła. Często sublimuje się na wygnaniu, w bólu właśnie. Mówię o żywym bogu, nie o ideologii w imię religii. Przecież bogowie też umierają, albo uciekają, bogowie uchodźcy, jak ludzie.

Czy uwierzyłaś kiedyś w boga albo w bogów widzianych miejsc i ludzi?

– Wierzę w ich wiarę. Szukam duchowości innych, a przez to odbicie w nich – wiele też i ja otrzymuję, z tych odblasków i iskier. Ale to nie jest moja osobista podróż w sferę sacrum, ani też szukanie boga lub czegoś tam dla mnie lub przeze mnie. To podróż do ludzi. Szukam boga w człowieku. A umiłowanie podróży i tej całej roboty jest poruszane przez coś, czemu trudno dać imię. Może jest to laicki mistycyzm, może forma modlitwy.

Co ma wspólny język dla wszystkich ludzi? Umberto Saba pisał, że ból łączy ból Żyda i kozy przywiązanej do drzewa. Coś jeszcze? Jaki to język?

– Może jednak łączy więcej niż ból. Choć czasem ocieram się o całkiem inne kody i języki. Na przykład uśmiech: spotkałam kultury plemienne, gdzie uśmiech znaczył demonstrację siły, męskości, przywództwa, jaj. Pokazuję zęby, jestem chwatem. Zęby zdrowe, silne, młode, rozgryzające, zagryzające, zgrzytające. W podróży wszystko jest wyzwaniem, duchowym, seksualnym, kulturowym. To przecież nowe estetyki, tabu. W Afganistanie, na przykład, mimo tej bariery inności, a może właśnie poprzez nią i w niej, odnalazłam polski wschód, własne dzieciństwo, a może dzieciństwo Europy. Może właśnie dlatego spędzałam tam tak wiele czasu, w tę i z powrotem – by wrócić do siebie, do domu.

Ja nie fotografuję, bo nie wiem, co miałbym sfotografować. Czasami drzewa. Jak Ty wiesz, że powinnaś zrobić fotografię? Jaki to sygnał? Jakie objawienie? Jak drama- tyczny bywa rozdźwięk pomiędzy tą wiedzą a efektem Twojej pracy?

– To jest natychmiastowe, zaczynam zbliżać się, krążyć, uwodzić. To jest wzajemne. Trochę jak taniec. Trudno wytłumaczyć. Nie mogę odejść, a kiedy jednak odejdę, to dalej we mnie to trwa, staje się opowieścią, reportażem, karmi nowe wizje. Wiedza a rezultat… Fotografia to proces, powolne, wieloletnie dojrzewanie, zbliżanie się, poprzez elementy rzeczywistości, do niewyrażalnej granicy tajemnicy i prawdy, w tym maleńkim przesunięciu, gdzie, jak we śnie, wszystko jest jeszcze rozpoznawalne, nad wyraz realne, ale coś ciut, ciut jest inne. Ta rysa, to zadrapanie, to pęknięcie, ta szczelina, to przesunięcie, na progu doświadczenia i widzialnego… Jest taka kabalistyczna legenda o zbawionym świecie, gdzie wszystko będzie takie jak teraz: ta cerata na stole, wieża katedry świętego Justusa, kwitnące czereśnie za oknem w Orto Lapidario, tylko z minimalnymi zmianami: przesunięta filiżanka, ciut więcej czereśni (ale te zmiany są tak trudne, stąd konieczne jest przyjście Mesjasza). Czy fotografia, ta światłoczuła materia pamięci, która nas przetrwa, może oddzielić światło od ciemności? Uczynić nieśmiertelnym świat i człowieka w świecie? Pokazać niewidzialne? Co znaczy prawda w fotografii? W prawdziwej sztuce pojawia się to duchowe napięcie. A sztuka fotoreportażu, złożona wyłącznie z elementów widzialnego, ale nie manipulująca elementami rzeczywistości, może coś na chwilę odsłonić?

Opisz najważniejsze dla Ciebie zdjęcie, które zrobiłaś. Czy wiesz, dlaczego jest najważniejsze? Arturo Mari mówił, że dla niego to fotografia Jana Pawła II w chwili, kiedy na kilka dni przed śmiercią rozmawia z Jezusem na krucyfiksie…

– Nie potrafię przywiązać się do moich zdjęć, one nie należą do mnie. A może nie zrobiłam jeszcze najważniejszego zdjęcia. Ważny jest akt fotografowania, tamta chwila, bo fotografowanie może być miłosnym aktem, darem, lustrem, odbitym, odwzajemnionym spojrzeniem, jakby otrzymać list od nieznajomego, i choć napisany w nieznanym języku, jest to zawsze wzajemna relacja. Fotograf nieomal zawsze zmienia miejsce i sytuację swoją obecnością, swoim spojrzeniem. Ta wzajemność nie jest przeszkodą, lecz wielką okazją. Fotografowanie wymaga dyscypliny, skupienia, znakomitego opanowania techniki – by o niej zapomnieć, a każdy dzień jest początkiem i każde spotkanie nowe. Nie potrafię gromadzić doświadczeń jak chomik. Fotografowanie znaczy całkowite bycie w czasie, ani wcześniej, ani potem i zawsze od nowa. Móc przeczuć, co może się wydarzyć. Kwestia czarów. Aparat był mi potrzebny, by dojść do tej granicy bliskości, która dawniej, tak mi się wydawało, była nieprzekraczalna. A teraz już nie potrzebuję aparatu, choć dalej bardzo lubię fotografować, bo oznacza to radość, lekkość, letizia, szybkość, taniec.
Jest też inny etap pracy: edytowanie, tworzenie opowieści, sekwencji. To nowa, konieczna podróż. Wtedy też staram się wyobcować od tego, czym byłam, od wspomnień, wzruszeń, a nawet wagi tematu. By móc dojrzeć siłę obrazu, odczytać je, te zdjęcia muszą stać się nowym spotkaniem. Nauczyłam się tego, ucząc. Fotografowanie to wyobcowanie się, a jednocześnie całkowite zanurzenie w cudzym – życiu, bólu, radości, ekstazie, doświadczeniu, historii – by to przepływało przeze mnie, jak woda, jakbym była listonoszem. Ja też się zmieniłam. Z początku ruszałam w drogę w poszukiwaniu czegoś tam, pragnąc dokumentować, zapisać, by nie zniknęło. Z czasem to fotografie zaczęły przemawiać, mnie szukać. To, co robię teraz, jest nieomal dziecięce – zbieram okruchy wielkiego rozbitego lustra, miliardy drzazg, niepasujące kawałki, atomy, może cegły wieży Babel. Niewykluczone, że właśnie to może uczynić fotograf – zbierać skrawki mozaiki, która nigdy nie będzie kompletna, układać je według porządku, który zdaje mu się słuszny, albo tylko możliwy, marząc, nigdy tego nie osiągając, o jedności oblicza świata, który może gdzieś istnieje, a może zaginął, jak język Adama. ■

Pierwodruk: “Kontynenty” nr 1/ 2016