Święte rozdroża

Opowieść o wędrujących ludach, zagrożonych szaleństwem człowieka; o związku z ziemią, wodą, drzewem, górą; o tożsamości i wygnaniu,  przynależności i wykluczeniu,  o oazach spotkań, porto-franko wiar i duchowości, oblężonych przez uzbrojone fanatyzmy, o utraconych ojczyznach dzisiejszych uciekinierów, miejscach gdzie bogowie mówią tym samym językiem. Jednym słowem –  o pięknie, o nienaruszalnej świętości człowieka, szukanej uparcie w najbardziej nieszczęśliwych miejscach planety, idąc za słońcem, księżycem, porami roku, za pielgrzymami, uciekinierami, i nomadami, i ich bogami wlokącymi się za nimi jak mewy za statkiem rybaków na pustyni. Podróż na nieziemskiej mapie, która ignoruje mury wznoszone przez kaznodziei globalnego konfliktu. Od serca Azji do Ameryki Łacińskiej, od Magrebu do Bliskiego Wschodu, od źródeł Nilu do Wysp Sołowieckich. Zawierzając spotkaniom kultur.  Od 11 września 2011 roku – do dziś.

Podróż po kresach dużych i małych religii: modlitwa, sen, woda, ogień; umieranie i pamięć; chusta i taniec; pasja i wcielenie; droga pieśni…
Ta praca z czasem zmieniła cel. Z początku dokumentowałam pobożność, w cieniu dawnych i obecnych wojen, i na ich zgliszczach. A potem to  właśnie moje fotografie zaczęły mnie szukać. To co dziś robię, jest sprawą prostą, nieomal dziecinną.  Odnajduję odłamki rozbitego lustra, niezliczone okruchy, niepasujące odrobiny, drzazgi, cząstki, cegły wieży Babel. Może właśnie tylko to może robić fotograf  – zbierać kamyki mozaiki, która nigdy nie będzie ukończona, układać je w sposób, który wydaje mu się słuszny, a może tylko możliwy, beznadziejnie marząc o jedności oblicza świata, który może gdzieś istnieje, a może zaginął, jak język Adama.

…..

Podoba mi się myśl, że są miejsca, gdzie sacrum znosi granice. Miejsca, chwile, klimaty, gdy Ludy Księgi ujawniają przynależność do jednej rodziny człowieczej, z księgą czy bez niej. Tańce, dotykanie się ciał, gładzenie relikwii. Przechodzenie progów między sacrum a profanum, światłem a cieniem. I jeszcze: nieskończone powtarzanie, bicie pokłonów, łuskanie paciorków różańca. Chodzi o miejsca, dźwięki, gesty, atmosfery, szaty, światła, ścieżki, które czasem niespodzianie i boleśnie odsłaniają wspólną prawdę o rzeczach.

Mawiamy: “klimaty”. „W grece i łacinie – pisał Elémire Zolla – mówi się o uroku, podobnym do wiatru, aury, którą emanują ludzie i miejsca, a ona rośnie, nabrzmiewa, staje się wirem, tumanem, nawałnicą, jaśniejącym obłokiem, złotym blaskiem, zatyka, ogłusza”. Podobną aurę, charyzmę, czuję w czułym kołysaniu Ojcze nasz w języku Chrystusa nad Eufratem, w wyłanianiu się harmonii kwint z burzy głosów chasydów rebe Nachmana w Galilei, w hipnotycznych wokalizach i głębokich westchnieniach sufich czisti z Kabulu, w szabasowej modlitwie w Antiochii. „Myśmy lutniami, Tyś tym, który w nie uderza i dobywa z nich tony”, pisał Dżalaluddin Rumi.

Od wielu lat podróżuję po pograniczach monoteizmów, do oaz spotkań, oblężonych przez uzbrojone fanatyzmy, do utraconych ojczyzn dzisiejszych uchodźców. Jak sanktuaria mistyków sufi, które od Mali do Pakistanu znikają pod bombami. Znienawidzeni przez wahabitów, ignorowani przez oświeconych reformatorów islamu i Zachód, nauczyciele sufi są chyba najsolidniejszą opoką przeciw barbarzyństwu. Wypełniają biblioteki, choć nad teorię przedkładają doświadczenie, praktykę nazywają drogą, a fanatyka osłem dźwigającym na grzbiecie stos książek. To dzięki nim islam ubogich zachłysnął się bożym miłosierdziem, doświadczeniem zmysłów, wrażliwością na piękno.

Są to azyle wiar, jak Bosfor, nad którym ormiańskie i tureckie kobiety razem zasypiają przy grobie bizantyjskiego świętego, praktykując incubatio, o którym pisano jeszcze przed Herodotem, znieczulając snem dzielącą je pamięć ludobójstwa. Jak monastery na Pustyni Egipskiej w świątek piątek atakowane przez fanatyków  – tam gdzie abba Fanous wysłuchuje snów beduińskich pasterzy, przez pół dnia czekających na słońcu na swoją kolej. Jak Kosowo, gdzie muzułmanie oddają cześć nieszczęsnemu świętemu Serbów, królowi Stefanowi, oślepionemu przez własnego ojca i zabitemu przez syna. Jak Damaszek, gdzie chrześcijanie i muzułmanie i szyici i sunnici modlą się ramię w ramię w meczecie Umajjadów przy katafalku Jana Chrzciciela i pod minaretem Chrystusa. Jak monastyr Deir Mar Musa, którego kamienie zostały ułożone na powrót przez chrześcijan i muzułmanów, bo przecież tu razem modlili się przez niezgoła milenium, też w nieszczęsnej Syrii. Ziemie tysiącletniego współobcowania, gdzie pękają łańcuchy wendet, spożywa się te same potrawy, dzieli kumów, sny, pieśni. Pogranicza oikumeny, z dala od bożych tronów i pępków świata. Azyle innowierców i skrzyżowania szlaków kupieckich karawan, wydeptywane też przez przez sandały derwiszów i poetów.

Rok po roku wypełniam agendę sacrum jubileuszami śmierci i narodzin świętych, misteriami płodności i zaduszek, pielgrzymkami i składaniem ofiar, chodzeniem i pełzaniem –  w kręgu za ruchem wskazówek zegara lub na opak. Są to godziny wybrane, pory roku, przesilenia, równonoce, wiążące i przecinające supły czasu: perskiego, cygańskiego, żydowskiego, etiopskiego – i tak dalej. Ten podróżny brewiarz świata podąża płajem słońca, synchronizuje z fazami lunarnymi, znacząc odwieczny rytm powrotu: raz jeszcze, każdego roku od początku, co siedem lat, przez 40 dni, od nowa.

Ale jak się rozeznać, nie zgubić, nie zwariować, pośród kalendarzy i epok, w tej niezliczoności znaków, miar, alfabetów, z lewa na prawo i szywrot na wywrot, myślałam pewnego razu w Jerozolimie, patrząc przez okno na mur –wbijający się w ogród goszczących mnie zakonników, nieopodal Góry Oliwnej. Mur żył własnym życiem, przesuwał się, rósł i rozciągał, a nocami, przez szparę w murze, wąską jak ucho igielne, biegły cienie: po położną, do żony albo do synagogi na modlitwę  poranną Żydów – jak muzułmanin Awni Amarneh z Betlejem, ojciec ośmiorga dzieci, który był jej strażnikiem. Palestyńczycy przemykali się przez mur nocą, by dało radę jakoś żyć, a ja za dnia, przebierając się w kostiumy sceniczne, jak kameleon przekraczałam w Świętym Mieście niewidzialne mury między wyznawcami siostrzanych religii Abrahama. Pewnego dnia tę szparę zaplombowano i nagle poczułam, że te osobne i ksobne kalendarze gdzieś się anulują, nakładają, zazębiają jak tarcze zegara, pomiędzy którymi już swobodnie, bez posterunków, przemieszczają się żywi i umarli. A droga i doświadczenie piszą żywą mapę świata, poza historią. Ona czasem odsłania się i jak zaszyfrowany średniowieczny kodeks ujawnia chwile, gdy bogowie się dogadują. Okazje nieoczywistych spotkań. Eliasz staje się Zielonym Prorokiem Khidrem, św. Jerzym na koniu czczonym na Bałkanach przez muzułmanów i chrześcijan. Do Maryi modlą się muzułmanki Stambułu i Kairu. Długa jest lista duplikowanych tożsamości świętych – tych wiodących prym i tych pomniejszych. Pewnego dnia żydowski Pesach spełnia się z chrześcijańską Paschą w przeddzień urodzin imama Husajna, a w roku Pańskim 2015, po raz pierwszy od prawie pół milenium, muzułmanie świętują wigilię narodzin Mahometa tej samej nocy, gdy rodzi się Chrystus. Zbieżności, koincydencje. A jednak – choć dziwne to dziś przypominać – religie przeglądały się w sobie przez wieki i pożyczały od siebie nawzajem gesty, melodie, zwyczaje, świętych, jak dobrzy sąsiedzi pożyczają sobie sól. Może właśnie po to, by oprzeć się czarowi nocy betlejemskiej, Fatymidzi ogłosili narodziny Proroka państwowym świętem i odtąd wigilia islamu celebrowana jest od Magrebu do Indonezji radosnymi pochodami, hucznymi tańcami, prezentami dla dzieci, błyskiem sztucznych ogni i kolorowych lampionów i pomnażana jest w miriadach pomniejszych wigilii dla lokalnych świętych.

Gdy wspominam najbardziej intensywne i tajemnicze chwile, których doświadczyłam, zdaję sobie sprawę, że ujawniają one spójną i solidną całość, ciągłość, którą oduczyliśmy się obserwować, uzależnieni od powierzchownego wrażenia kataklizmu – dziś gorliwie by podpowiedziano: konfliktu cywilizacji – który ma tylko dzielić. Zaprzeczają mu święci. Dobry święty jest dobry dla wszystkich. Zaprzecza mu ciało, wehikuł modlitwy i antena niewidzialnego, poprzez które, to co boskie wyrzeka się ograniczeń i hierarchii, ściągając nietolerancję i seksofobię nowych, uzbrojonych monoteizmów wykluczających. Ciało, które tańczy, kocha, klepie pacierze, wiruje, płacze, śmieje się, bije pokłony, wpada w ekstazę, poddaje się i oddaje, wypożycza i służy, przebite ostrzem doświadczenia. Zaprzeczają mu miejsca brzemienne w symbole, w których, jak krab pustelnik w opuszczonej muszli, moszczą się wyznawcy kolejnych kultów.

Podróżuję w pojedynkę, bo samotność bez filtrów i osłony jest niezbędna w spotkaniu, a jest to zawsze droga do ludzi i wśród ludzi. Mam, owszem, wiernych kompanów podróży: pośpiech i lęk, że nie zdążę. Czasem nie zdążam. A może oznaczam miejsca do zlikwidowania? Są nazbyt kruche nie tylko wobec fanatyzmów, ale też komercji zamieniającej święte miejsca w lunaparki fotografów. Lepiej więc zacierać nazwy, daty, ścieżki, atramentem sympatycznym pisać słowa-klucze na tej nieziemskiej mapie ignorującej mury wznoszone przez kaznodziejów globalnej burdy. Od serca Azji do Ameryki Łacińskiej, od Maghrebu do Bliskiego Wschodu, od źródeł Nilu do ujścia Onegi. Tam, gdzie z groźnych cieni monoteizmów wynurzają się znaki, obecności, gesty, spojrzenia. Zatem Afryka, a raczej Afryki, ze swoimi bogami na wygnaniu jak ludzie, łono żywych archetypów, gdzie religijność, czyli dosłownie „więź”, buduje się na wzajemnym obcowaniu żywych i umarłych, nieustającej rozmowie z przodkami. Miejsca, gdzie słowa nie są oddzielone od rzeczy, zamieszkałe jak Grecja starożytnych przez bogów stworzonych na kształt człowieka.

Święte wody Karaibów. Czarne skały Atlasu. Kosmiczne słupy Afganistanu. Domy cadyków. Domy szajchów. Grobowce poetów. Groty guślarzy. Ścieżki malangów. Namioty szamanów. Namioty nomadów. Ścieżki ich koczowniczych sezonowych wędrówek. Gaje i źródła sacrum w głubinkach świata. Miejsca schrony. Groty gór Libanu i irańskiego Kurdystanu. Łachy delty Dunaju. Ukryte doliny Kaukazu, gdzie pryguni skaczą do nieba jak sufi i chasydzi. Miejsca mosty, jak ten na małej rzece Grajcarek pod Krakowem, która dzieliła Bizancjum i Rzym, opowiadał Jerzy Nowosielski, nieczytelny  dla barbarzyńców. Miejsca, gdzie od stuleci przechowuje się słowa przekazywane z ust do ust, a z nimi wiedzę o początkach, metafory wtajemniczeń i przemian, recepty na przetrwanie. Miejsca „ oczyszczane” bombami, „ nieczynne” po kolejnej rzezi niewinnych, tępione z pulpitów i ambon, lekceważone, a w najlepszym wypadku wyśmiewane. Święte rozdroża, węzły, skąd rusza ścieżka w głąb lustra.


Prayers of the Persecuted Around the World, by James Estrin, Lens Blogs The New York Times

Inquadrare brezze celesti, by Laura Leonelli, Il Sole 24 Ore

The thrill of the border,  interview of Michele Smargiassi, La Repubblica

A possible coexistence between East and West,  video